Coraz trudniej mi udawać, że jest wszystko dobrze, że czuję się wyśmienicie, że moje życie to kraina mlekiem i miodem płynąca. Udaję, że nie mam żadnych zmartwień, smutków, niczym się nie przejmuję, prowadzę beztroskie życie. Pozwólcie, że określę się mianem wybitnej aktorki. Większość z nas Aniołki zasługuje na nagrodę za najlepiej odegraną rolę w życiu. Rolę szczęśliwej, normalnej nastolatki, która tak na prawdę potrzebuje pomocy, ba, swoim zachowaniem prosi o pomoc. Krzyczy! Jednak nikt jej nie słyszy. Albo i nie chce słyszeć. Bo po co? "Ona jest przecież szczęśliwa..."
Jacy ludzie w dzisiejszych czasach są powierzchowni. Jacy narcystyczni. Jacy puści. Kierują się całkiem innymi priorytetami niż kiedyś. Bo w sumie każde pokolenie jest inne. Niestety. Ale wracając do mnie.
Jutro piszę próbną maturę z matematyki. Podchodzę do tego raczej na "luzie". Te 15 punktów trzeba zdobyć. Potem nie wracam na lekcje. Idę na "posiedzenie Komisji Wyborczej", w związku z nadchodzącymi wyborami...
Jutro może będę mieć trening. (zapomniałam wspomnieć, że trenuję lekkoatletykę). Dziś też miałam pójść biegać, ale nie poszłam, bo mam dziwne skurcze/uciski/bóle w łydkach.
Co do mojego samopoczucia... Po wczorajszej "imprezie" z żyletką stwierdziłam, że tak troszkę przesadziłam. Teraz maskuję to bransoletkami. Spróbuję z tym walczyć! I niestety zaczyna się we mnie budzić to co kiedyś, dawno temu uśpiłam, Wygnałam do najciemniejszych/ najdalszych zakątków mojego umysłu. Nie dopuszczałam przez długi okres czasu tego do siebie. Nie chcę tego, ale czuję, że zaczynam potrzebować drugiej połówki. Drugiej połówki, która ułoży moje życie na nowo....





