sobota, 7 marca 2015

Aut vincere aut mori...

 Nie mogę pozwolić sobie nie przegraną. Nie jestem taka słaba. W ogóle nie mogę być słaba. Bo długo nie pożyję na tym świecie. On mnie zgnoi, poniży zniszczy... Zrobi ze mną co tylko będzie chciał. Stanę się jedną z wielu kontrolowanych jednostek. Nie chcę dla siebie takiej przyszłości. 

 Zrozumiałam jedną rzecz na pewno. Nie ruszę się do przodu bez pogodzenia się z przeszłością. Muszę choć spróbować oddzielić ją od teraźniejszości. Nie może być przy mnie, przy każdym moim kroku. 
 Tak jakby zaczynam nowy rozdział w moim życiu. Będzie się liczyć tylko to, co będzie tu i teraz. Nic innego. Jak to optymistycznie brzmi hahaha. 

Od poniedziałku przechodzę na AIT Diet. Ciekawa jestem efektów :)


środa, 11 lutego 2015

Ten świat mnie zabija...

Długo nie pisałam. Przepraszam. Nie. To oznaka słabości. 
 Jutro zawody w siatkówkę. Cieszę się niezmiernie.  
Wczoraj byłam u lekarza sportowego z powodu bólu kolana i barku. Przepisał mi maść. I otrzymałam zgodę, że mogę brać udział w zawodach. Tak! Ja, gruba, tłusta, świnia, wieloryb jeździ na zawody! 
 I wszystko by było okey, poza jednym. Wczoraj waga u lekarza pokazała 86 kg. I co ja mam ze sobą zrobić?! Nie potrafię schudnąć tak jak kiedyś. Nie umiem się tak zmotywować, nic... Czuję się okropnie, znów powoli zaczynam popadać w depresję... Muszę to koniecznie zmienić. Zamiast rosnąć wzdłuż to ja w szerz. Czy tylko ja tu widzę komizm? Jak już pisałam jutro mam zawody, a w piątek jadę na badania (mocz ect.) 

 Za dwa dni zaczynają się ferie. Jestem bardzo ciekawa, czy siostra mnie zabierze za granicę, czy niepotrzebnie rezygnowałam z obozu... 

Co do mamy, już jest wszytko okey, choć nie gada ze mną na temat jej choroby, ani na tematy pokrewne. 
 Mogę stwierdzić że: Jestem złą osobą. Jestem złą córką. Jestem złą koleżanką. "Kim jestem? Tak często czuję się wszystkim i niczym jednocześnie"

czwartek, 8 stycznia 2015

Nie zmienimy świata, dopóki nie zmienimy siebie...

 Kolejny szok dla mnie. Kolejna zła wiadomość. Ile ich jeszcze będzie? 
Moja kumpela ze szkoły ma guza. Ha, jaki ten świat jest piękny.. Cudowny! 
Mnie natomiast coraz częściej boli kolano. Za każdym razem ból staje się mocniejszy. Boję się iść do lekarza. Boję się tego, co on może mi powiedzieć. Z drugiej strony, czy nie wdaję się w ten sposób w moją mamę? Chyba tak... 
 Co w związku z nią? Nadal pije. Dziś usłyszałam od niej, że ją niszczę, że mam się wyprowadzić. Ciągle tylko same negatywy. Żadnych pozytywów. Tak więc: JESTEM POTWOREM. Miło mi. 
 Chwilami myślę o samobójstwie. To byłoby najlepsze rozwiązanie. Choć, szczerze nie chcę umierać. Aczkolwiek, jeżeli sytuacja się nie zmieni, to nie widzę innego wyjścia.   
 Co z dietą? Coś tak zjadłam i zaraz  pójdę to wyrzygać, Już mi na niczym nie zależy. 
Nie będę szła na studniówkę. To przykre i smutne, ale cóż... 



 Teraz, podczas pisania przypomniał mi się pomysł, który kiedyś miałam zrealizować, ale tego nie zrobiłam. Nie będę powracać do tego, dlaczego chciałam go wcielić w życie, bo chcę zapomnieć o tym...
 Patrząc na to z perspektywy tego co się teraz u mnie dzieję wydaje mi się on idealny. Troszkę go zmodyfikuje i będzie wszystko pasować. Tak więc mogę oficjalnie to ogłosić. Wcielam PLAN w życie. Efekty końcowe przewiduje na koniec kwietnia na zakończenie roku szkolnego. Mówiąc najprościej muszę doprowadzić się do wagi <50kg. To jest jeden z punktów tego planu. Resztę może będę ujawniać w najbliższych postach.








 

poniedziałek, 5 stycznia 2015

“Patrzycie na ludzi i nie widzicie tego, co w nich tkwi tu, w środku..."

 Pierwszy post w 2015 roku.... Witam!

 Co prawda rzadko tu zaglądam, cóż... nie mam zamiaru się usprawiedliwiać. 
Mam nadzieję, że przynajmniej Wy spędziliście te święta w prawdziwej rodzinnej atmosferze, dostaliście wszystko to, co chcieliście, a sylwester był lepszy od tego o którym marzyliście. Tak. Ujmę to 5 słowami: moje święta były do bani. Byłam tylko ja i mama, a sylwestra spędziłam przed laptopem, a potem po północy od razu położyłam się spać. Spełniły się wszystkie moje marzenia odnośnie tamtego czasu!

 Przełamałam magiczną barierę 80. Jest teraz 7 z przodu. Walka wciąż trwa. 




 Zostały mi tylko 4 miesiące. 5 wliczając maturę. Co potem? Studia? Praca w Anglii/ Niemczech? Wojsko? Marynarka wojenna? Policja? A może spierdolę sobie życie i będę marną kasjerką w pospolitym sklepie? Albo zostanę bezdomnym?  Może ucieknę jak najdalej od wszystkiego i wszystkich? Zacznę swoje życie układać na nowo? Zmienię nazwisko, imię, stanę się nową osobą? Ooo tak, przydałoby się. 


W domu mama znów zaczęła pić. A na dodatek pewne jest to, że ma guza. Ma raka i nie chcę się leczyć. Zapija swój ból, smutek, nienawiść, zapija siebie samą. Miała dziś jechać na badanie, które było bardzo ważne. I co? Nie pojechała. Wolała iść rano sobie po alkohol. Następny termin dopiero w maju. A wtedy może być już za późno...
 I co ja mam robić? Nie mam sił, czuję się znów jak  wrak człowieka. Chwilami myślę o samobójstwie. Zaraz potem doprowadzam się do porządku i mówię, że brat i babcia nie byliby z tego zadowoleni... Jestem bezradna. Czuję, że zawiodłam. Znowu... 

Pojutrze znów do szkoły. Ha, Moja radość nie zna granic. Nie mogę sobie poradzić z szczęściem i euforią, które rozpierają mnie na samą myśl o tym. Znów gra. Gra udawanego szczęścia. 


piątek, 19 grudnia 2014

Odrodzę się z popiołów jak Feniks...

 Muszę działać. Im dłużej będę z tym zwlekać, tym trudniej będzie mi później zacząć. Bez wymówek. Bez rozczarowań, Bez odwrotu.












piątek, 12 grudnia 2014

Bez nadziei wybawienia...

I znów minął prawie tydzień od ostatniego wpisu. Co się wydarzyło u mnie? Praktycznie niewiele. W sumie nic. I to mnie właśnie przeraża. NIC. Okropnie to brzmi. Ale może tak jest lepiej...

 Dobra wiadomość. Mam przestała pić. Ufff. Kamień z serca... Ciekawa jestem jak na długo. Ale lęk i obawa pozostaje ciągle...

 Za półtora tygodnia święta. Wigilia, rodzina. Dzielenie się opłatkiem, rodzina. Prezenty, rodzina. Szykowanie 12 potraw, rodzina. Wszystko sprowadza się do TEGO słowa.
 Kiedyś dla mnie to był magiczny czas. Cóż wszystko przemija.

                                        czy tylko ja wyczuwam sarkazm?

Na święta przyjeżdża moja siostra z mężem i dziećmi. I tak pewnie nie przyjdzie do nas do domu. Nigdy nie przychodzi. Może choć na chwile dam ponieść się ułudzie i fałszywej wizji szczęśliwej rodziny? Czego ja oczekuję. Hahahahaha.

Jutro znów planuję powrócić do treningów. Muszę być w czymś dobra. Zauważyłam także, że źle reaguje na wszelkie fast-foody i słodycze. Dobrze, bardzo dobrze, To mi pomoże w samozagładzie.



sobota, 6 grudnia 2014

Gdyż nie ma większej rzeźni niż pamieć...

 Wybaczcie, że tak długo milczałam. Wszystko legło w gruzach. Ha. I znów sprawdza się powiedzenie: "docenisz, gdy stracisz". 
 Od ostatniego postu jest tylko gorzej. Jestem na pograniczu załamania i depresji. Przez te 3 tygodnie uświadomiłam sobie, że nie dane jest mi żyć w szczęściu. Od samego mojego poczęcia przypisane mi było życie w bólu, smutku, strachu... Przez ostatni tydzień płaczę codziennie. Umarłam wewnątrz siebie. Nawet trener zauważył, że coś jest nie tak ze mną. Eh.
 Czym jest spowodowane to wszystko? Oczywiście, chorobą mojej mamy, czyli alkoholizmem. To co się z nią dzieję... Nie mogę o tym pisać :C na samą myśl, ryczeć mi się chcę. Kurwa, mam tylko Ją! Na dodatek ostatnio robiła sobie badania i jest podejrzenie, ba ja wiem o tym na pewno, że moja mama ma raka jelita. Przecież jak ona tego nie będzie leczyć to... umrze. 
Ja już jej to mówiłam, że nie chcę spędzić tych świąt nad jej grobem, tylko z nią przy stole. Mówiłam jej także, że chcę by była przy tym jak dorastają jej wnuki.  On mi ciągle obiecuje, że wyjdzie z tego, że musi sobie poradzić SAMA. Ale do cholery ona tego nie zrobi! Przecież widzę w jakim stanie jest codziennie rano, jak zwija się z bólu, ten widok jest straszny. Nikomu tego nie życzę. 
 Dziś rano i wczoraj poprosiła mnie, bym poszła do sklepu po alkohol i papierosy. Poszłam. Nie mogłam patrzeć jak cierpi, jak się męczy. Gdybym tylko wiedziała jak jej pomóc...
 Nie mam nawet wsparcia od mojej siostry, która mieszka za granicą. To znaczy dzwoniła do mnie i rozmawiałyśmy, i mówiła, że jak by się coś działo to mam dzwonić do niej. Ale co ona zrobi? Nic nie może. Tak to jest w tym życiu. Zawsze ze wszystkim zostaje sama. 
 Czasem sobie myślę, (wiem, mam głupie myśli, i gardzę sobą za to), że lepiej by gdyby moja mama już odeszła. Przecież ile ona zniosła w tym życiu. Śmierć męża, brata, taty, teściowej, syna, matki... Strasznie dużo. A najlepsze jest to, że w naszej rodzinie jak zauważyłam, mężczyźni ginęli przeważnie w wypadkach samochodowych i to bardzo młodo (24-38)? A kobiety żyły dość długo... to jest straszne. Powracając, niedawno mama mi powiedziała, że jest już zmęczona tym wszystkim. I jak tu nie płakać i się nie załamywać? 
 Okey. Dość. 

 Jestem na 6 dniu A.I.T Diet. Wytrzymam całe 28. Tym razem jestem silniejsza niż kiedyś. 

 Dziś są mikołajki... Mam nadzieję, że dostaliście o wiele lepszy prezent ode mnie. :)


                                                                                    i nadal czuję...